niedziela, 27 maja 2012

Obcokrajowcy w PKP

Pociąg Warszawa-Bydgoszcz. W przedziale ze mną 2 dziewczyny, które rozmawiają za sobą w obcym języku. Najpierw nieco zaskoczone zaczęły oglądać obrazki, zostawione na siedzeniu przez głuchoniemego. Wytłumaczyłam im po angielsku, że zaraz wróci i będzie chciał pieniądze, a tak w ogóle to najprawdopodobniej jest oszustem i trzeba go zignorować. Miały bardzo zdziwione miny, widocznie tego typu atrakcji na Łotwie nie doświadczyły (już zdążyłam się dowiedzieć, skąd są). Chwilę później do wagonu przyszedł konduktor, żeby sprawdzić bilety. "Legitymacje!" - huknął do nich dwukrotnie, zanim zdążyłam przetłumaczyć, o co chodzi. Zrobił się uprzejmiejszy, kiedy zorientował się, że go po prostu nie zrozumiały, ale w tym momencie powstał problem - konduktor po angielsku ani słowa, więc jak tu im ma przekazać, że PKP honoruje tylko polskie legitymacje studenckie? Lekko się zawahałam, bo byłam ciekawa rozwoju sytuacji (pewnie by machnął ręką i poszedł dalej, gdyby nie mógł się dogadać), ale w końcu zlitowałam się i zaczęłam pośredniczyć w rozmowie.

Okazało się, że dziewczyny muszą kupić nowe bilety, ze zniżką 26% (poniżej 26. roku życia), a te studenckie, niewykorzystane, oddać w kasie na dworcu. Wszystko wyjaśniłam, a że akurat jechały do Bydgoszczy, to zaofiarowałam się też załatwić sprawę zwrotu biletów. Domyślałam się, jak im by to poszło po angielsku... Były bardzo zdezorientowane, bo kasjerka na widok ich legitymacji bez mrugnięcia okiem sprzedała im bilet ze zniżką studencką, ale to pewnie przez to, że chciała się szybko pozbyć obcojęzycznego problemu. Ech. Konduktor miał rację i ja o tym wiem, ale rozumiem, że dziewczyny były podejrzliwe.

Na szczęście w Bydgoszczy wszystko udało się bez problemu, nawet w sympatycznej atmosferze. Trudniej było z kupnem biletu do kolejnej miejscowości, bo dzięki naszemu pokręconemu systemowi kolejowemu musiałyśmy przejść do innej kasy, odstać swoje w drugiej kolejce i od początku wytłumaczyć pani z okienka, jaką przesiadkę sobie życzymy. Tak się złożyło, że nie mając zielonego pojęcia o polskich kolejach, biedne dziewczyny wybrały trasę, która zmuszała je do podróży kolejno PKP Intercity, Arrivą i Przewozami Regionalnymi. Tylko dzięki mnie poradziły sobie bez większych problemów, bo wątpię, czy ktokolwiek w kasie byłby w stanie im wytłumaczyć, jakie zniżki przysługują im na poszczególnych odcinkach trasy i skąd w ogóle bierze się problem.

Tym bardziej, że na przesiadkę miały niecałe 20 minut. Zdążyłyśmy na styk. Nawet już nie dopytywały za bardzo, co ja tak właściwie wyprawiam, tylko mi zaufały i przechodziły posłusznie z kolejki do kolejki razem ze mną. Już sobie wyobrażam, jaki bałagan będzie panował podczas EURO...

Wg Wikipedii w Polsce aktualnie operuje ponoć 103 przewoźników kolejowych. No dobra, liczą też np. Myślęcińską Kolej Parkową. :) Która zresztą w 2011 roku spłonęła i została zlikwidowana, więc coś się tu nie zgadza, ale i tak można dostać niezłego kręćka, żeby się zorientować w systemie. Szczególnie, jeśli nie zna się polskiego...

Dzień Matki

Niespodzianka na Dzień Matki się udała. 18 godzin w trasie i zameldowałam się znienacka w domu. Mama była skonfundowana do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie pojęła wagi sytuacji. Przez moment chyba zastanawiała się, czy przypadkiem nie pomyliło jej się coś i czy to nie jest normalne, że wchodzę do mieszkania jak gdyby nigdy nic, tak jak bym wracała z miasta. Wielkich emocji nie było, a wręcz niemal w ostatniej chwili chyba ugryzła się w język, żeby mnie nie przywitać słowami: "O, w sam raz na obiad jesteś" :)

Teraz pobędę trochę w Bydgoszczy, ale też niezbyt długo, bo trzeba wracać na egzamin z angielskiego. Muszę się wreszcie na porządnie zacząć przygotowywać, zostały niecałe 2 tygodnie do ustnego...

A to nieco ciemne zdjęcie z przedmonsunowego Jaipuru:

U mamy wygodnie i bezpiecznie

środa, 23 maja 2012

SUGAR!

Spacerując w okolicach budapeszteńskiej Opery trafiliśmy na bardzo kolorowy sklep.

Można w nim kupić różnego rodzaju żelki, lizaki, babeczki, torty, śmieszne i głupie gadżety, a wszystko w mocno cukierkowej stylizacji.

W sam raz na urodziny! :)

Ciastka - oba zdjęcia autorstwa Ali/Piotrka



Wystrój i słodycze - coś dla łasuchów (powyższe 3 zdj. z internetu)
Nawet mimo tego, że nie lubię słodkości, ten sklep mi się podoba. Choćby tak tylko do pooglądania... Jak tylko będę potrzebować kosmetyku do ochrony ust, to na pewno wybiorę się tam po pomadkę ochronną o smaku frytek :)

poniedziałek, 21 maja 2012

Tym razem Serbia

Kolejny weekend spędzony na wyjeździe minął przyjemnie i szybko. Tym razem nie mieliśmy w ogóle czasu do przygotowania, bo kolejni goście wylecieli z Budapesztu w czwartek o 21.05, a o 22.20 mieliśmy już pociąg do Novego Sadu.

Przez 3 dni zdążyliśmy zrobić wiele:
- wymienić się na rynku za katedrą naklejkami EURO2012 z innymi ludźmi:
W Serbii jest to dość popularna rozrywka, którą Goran kultywuje od małego przy okazji każdych kolejnych mistrzostw. Chętnych było sporo, głównie mężczyzn w wieku 20-40 lat, ale też małżeństw, dzieci obojga płci, znalazło się też kilka dziewczyn i jakaś starsza pani.
- spotkać z kilkorgiem znajomych
- pojechać do rodzinnej winnicy, wypić kilka szklanek szprycera i najeść się działkowymi przysmakami z grilla oraz przyrządzić tzw. kotlić - czyli kociołek z gotowanym na ogniu mięsem i warzywami:


- natknąć się na orszak weselny po drodze:
Nie było jak przejechać, bo jedyna ulica w tej wsi była zablokowana przez tłum rodziny, znajomych i gości z parą młodą na czele. Co zrobić, zjechaliśmy na pobocze i poczekaliśmy, aż przejdą. Mieliśmy dobry widok na całe wydarzenie, bo akurat zatrzymaliśmy się przed domem panny młodej. Pan młody musiał podskoczyć i zerwać znad bramy ręcznik (nie jest to ogólnie znana tradycja, coś lokalnego chyba), panna młoda rozbiła gliniany garnek, i poszli sobie dalej. Za nimi m.in. facet z przywiązanym do góry nogami do kija żywym kogutem. Ciekawe, co to ma symbolizować.
- odwiedzić Gorana dziadków i wypić z nimi kawę, zagryzając najsłodszymi ciastkami na świecie - nawet dobrymi, ale ten chrzęszczący w zębach cukier... :)
- zagłosować w wyborach lokalnych regionu Vojvodina oraz prezydenckich:
Najpierw zawieźliśmy dziadków do ich punktu wyborczego, a potem poszliśmy do goranowego. Trzeba pokazać dowód, najlepiej też wezwanie na głosowanie, które przychodzi pocztą, podetknąć dłoń pod lampkę UV, a jeśli wszystko wypadło pomyślnie, podpisuje się listę obecności, pozwala spryskać palce pewną substancją (widoczną później w ultrafiolecie) i można głosować. Ja nie dostałam swojej karty, oczywiście, ale Goran okazał dobre serduszko i się ze mną podzielił, pokazawszy tylko, co mam zakreślić. Mój kandydat wygrał, a ten wybrany przez niego na drugiej karcie przegrał. Ha!
(co prawda dla Serbii być może nie takie znowu haha...)
- pochłonąć pljeskavicę, ćevapi, domowej roboty kiełbasę, krótko mówiąc - podjeść trochę bałkańskich przysmaków
- obejrzeć finał Ligi Mistrzów

Niestety nie dałam już rady przejść się po skończonym meczu na zlot motocyklowy, który akurat w ten weekend odbywał się 300 metrów od winnicy, bo byłam zbyt śpiąca i zmęczona. Ale i tak nie mogłam narzekać na nudę przez te 3 dni... (chyba że wtedy, kiedy wszyscy gadali po serbsku, a mi się już nie chciało próbować rozumieć)
Do tego 13 godzin spędzonych w pociągach, setki przeczytanych stron książki i teraz mam cały tydzień, żeby odpoczywać przed kolejnymi dniami wolnymi! :)

środa, 9 maja 2012

Muzykalny sprzedawca

Wędrowałam godzinę temu okoliczną ulicą, kiedy z małego sklepiku dobiegła mnie dość głośna muzyka. Zerknęłam do środka przez otwarte drzwi i zaskoczył mnie widok stojącego za ladą sprzedawcy, który z poważną miną i wzrokiem utkwionym w leżących przed nim nutach jak gdyby nigdy nic grał na akordeonie.

Szkoda, że akurat nie miałam ochoty ani czasu na zakupy, bo bym weszła do środka i posłuchała :)

Hotel Marigold

Idąc do kina na "Hotel Marigold" spodziewałam się lekkiej, nieskomplikowanej rozrywki przyprawionej sporą ilością indyjskich przypraw. Na szczęście nie wszystkie filmy na Węgrzech są dubbingowane, chociaż myślę, że ponad połowa z tych wyświetlanych w kinach jest. W telewizji nawet wszystkie, co skutecznie sprawia, że telewizor traktuję wyłącznie jako mebel i zbieracz kurzu. Zresztą i tak od lat jestem do tego przyzwyczajona i to do tego stopnia, że kiedy gdzieś widzę włączone pudełko, które miga i rozprasza mnie kolorowymi ludzikami, np. u kogoś albo w barze, to już w ogóle nie mogę się skupić na rozmowie czy książce.

Ale wracając do Hotelu. Film nie jest chyba przesadnie rozreklamowaną produkcją i dość przypadkiem na niego wpadłam. Decyzja, że trzeba go obejrzeć, zapadła szybko. W końcu akcja dotyczy grupki starszych Brytyjczyków, którzy postanowili spędzić jesień życia w Indiach. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana: oczywiście na miejscu się okazuje, że nic nie jest takie jak być powinno, ale i tak każdy z nich na swój sposób powoli zaczyna kochać Indie i świetnie się tam bawić. Momentami było zbyt prosto, zbyt naiwnie, a cała historia zaczęła się komplikować coraz bardziej z kilku stron, żeby potem nagle, w ciągu 5 minut, nastąpił zwrot akcji i wszystkie problemy rozwiązały się same. Jak w bajce.

Być może gdyby akcja filmu została osadzona w Nikaragui lub Mozambiku, wcale nie oglądałabym ze zbyt dużym zainteresowaniem. Owszem, przyjemna komedia obyczajowa, ale główną zaletę filmu stanowi dla mnie wartość sentymentalna. Hotel Marigold znajduje się w Jaipurze, a więc tam, gdzie mieszkałam przez prawie 3 miesiące, i chociaż nie rozpoznałam żadnego konkretnego miejsca (budynki w centrum są bardzo podobne do siebie, tak naprawdę), to przyjemnie było wrócić do tej atmosfery, tłoku, kolorów i różowawych uliczek. Wątpię tylko, czy widz, który nie miał nigdy do czynienia z Indiami, jest w stanie zrozumieć, że postaci mieszkających tam ludzi nie są nawet specjalnie przerysowane. Na sali było tylko kilka osób, ale i tak widać było, że to MY głównie się śmiejemy z przedstawionych sytuacji i dialogów - w końcu sami przez coś podobnego przechodziliśmy :) Podejrzewam, że niektórzy mogliby pomyśleć, że dowcipy w filmie są dość infantylne, a zły stan hotelu przesadzony. Taaak, tylko że nie zawsze to BYŁY dowcipy, a hotel w porównaniu do kilku, w których miałam nieprzyjemność nocować, to rzeczywiście oaza porządku, spokoju i luksusu :)

Trochę bajkowo, trochę bollywoodowo, momentami zabawnie, czasem mniej, dość naiwnie... Trochę do tych Indii, które znam, nie pasuje kilka scen, szczególnie między młodą hinduską parą. Pocałunek na ulicy? W Jaipurze? A co na to sąsiedzi? Tfu, tfu! Gadanie by było na pół dzielnicy :) Nie polecam filmu jako bezwzględnie dobry, ale jeśli ktoś chce się rozerwać, to myślę, że "Hotel Marigold" będzie odpowiedni. Dla miłośników Indii pozycja obowiązkowa :) Szczególnie dla tych, co tęsknią... Jedna koleżanka na facebooku nawet wyznała, że podczas filmu ciągle płakała, ale to wydaje mi się już dużą przesadą. Ode mnie może być ocena 7/10.

sobota, 5 maja 2012

Ale ten świat mały...

Poszliśmy wczoraj na koncert Boba Geldofa. Nie chciało się nikomu, bo od tygodnia właściwie ani na moment nie mogliśmy spokojnie usiąść w domu i odpocząć, a do tego piątek też był od samego rana zawalony spacerami po Budapeszcie, ale iść trzeba było. Bilety dostałam za darmo :) I to nawet VIP-owskie. Oczywiście trudno nazwać oszczędnością pójście na koncert za 50 zł, na który by się normalnie nie poszło, ale jak już taka okazja wpada w ręce, to żal nie wykorzystać. Tym bardziej, że złożyło się to ładnie z ostatnim wieczorem pobytu dwójki gości, a więc jak znalazł na miłe zakończenie wycieczki do Budapesztu.

Koncert nawet przyjemny, ale dla mnie zepsuty nieznośnym bólem pleców i nóg oraz ciągłym zerkaniem na zegarek i zastanawianiem się, kiedy to wszystko się skończy i będzie można pójść do domu :) Z całego wieczoru i tak najbardziej zapamiętamy:
  •  Boba Loveday'a - przygrywał na skrzypcach, gitarze i mandolinie (o ile dobrze pamiętam) i wyróżniał się posturą "dobrze zbudowanego" mężczyzny w tatusiowym wieku, którą dość wyraźnie podkreślał obcisłą, siateczkową koszulką w playboyowym stylu. O, tak jak na tym zdjęciu znalezionym w internecie, po prawej. Szkoda, że lepszego zdjęcia nie mogę za bardzo znaleźć. Na początku był jeszcze w marynarce, ale kiedy ją zdjął, to dostał ogromne owacje, szczególnie od żeńskiej części publiczności :) Co prawda raczej nieco prześmiewcze, a przynajmniej żartobliwe, ale nie da się ukryć - on zrobił na publiczności największe wrażenie :)
  • pierwsze, co zobaczyliśmy po wejściu do sali koncertowej - stojącego tyłem do nas faceta w koszulce z tak dobrze znanym (przynajmniej nam) logo: MÓZG. Dla niewtajemniczonych - Mózg jest bardzo znanym na scenie bydgoskiej pubem, kultowym wręcz miejscem spotkań artystycznych, koncertów, festiwali, wystaw i tak dalej. Więcej, popularnym chyba nawet w skali kraju, lubianym przez różnego rodzaju alternatywnych artystów, wspomnianym w piosence "Mars napada" Kazika (i pewnie kilkunastu innych)... No i miejscem, gdzie spędziłam wiele godzin, popijając piwo i rozmawiając ze znajomymi. No i proszę, mózgowicze pojawiają się też w Budapeszcie na koncercie Geldofa... :)